Witaj na stronie Duszpasterstwa Młodzieży i Powołań Zgromadzenia Księży Marianów!

Świadectwa powołania

Poznaj nasze historie powołań!

Ks. Zbigniew Grygorcewicz MIC


Ks. Janusz Bialucha MIC

 

Ks. Eugeniusz Delikat MIC

 

Ks. Andrzej Dziedziul MIC

 

Br. Mariusz Machul MIC

 

Ks. Paweł Skonieczny MIC

 

ks. Damian Kalemba MIC



„Szerokie są drzwi ubogiej chaty” / ks. Grzegorz Leszczyk MIC
     Wielu ludzi chcąc przedstawić historię swojego powołania, szuka oryginalnych słów i wyjątkowego charakteru dla wydarzeń, jakie miały miejsce w ich życiu. I z jednej strony nie da się ukryć, że tak faktycznie jest, bo ilekroć Bóg działa w życiu jakiegoś człowieka, jest to niesamowite wydarzenie – oczywiście z perspektywy wiary.
     Również tak samo widzę i swoją drogę powołania zakonnego, kapłańskiego i ostatecznie misyjnego. Nie bez przyczyny mówię w takiej kolejności, bo rzeczywiście życie zakonne jest dla mnie podstawą. Najpierw jestem zakonnikiem. Następnie jestem kapłanem w Zgromadzeniu Księży Marianów, a ostatecznie wypełniam Boże posłannictwo w posłudze misyjnej w Afryce, w Rwandzie.
     Kiedy patrzę na swoją historię powołania, to dopiero z perspektywy czasu widzę wyraźnie, jak wiele wydarzeń w moim życiu Bóg przygotował lub wykorzystał, aby mi ostatecznie powiedzieć: „Pójdź za Mną”.
     Miałem kilkanaście lat, kiedy moja rodzina musiała się przeprowadzić z małej wioski Krzywe do Sanoka. W mieście kontynuowałem naukę w szkole podstawowej. Dużą szkołę miałem 2 minuty drogi od miejsca, w którym mieszkałem, ale przez 4 lata jeździłem na drugi koniec miasta do małej podstawówki, bo tam była życzliwa atmosfera, oddani nauczyciele, którym wiele do dziś zawdzięczam. Następnie szkoła średnia – technikum mechaniczne. Kierunek, który wybrałem na początku, niewiele mi mówił i dla mnie znaczył, ale z czasem zobaczyłem, że bardzo mi on odpowiada. To była kolejna szkoła, którą skądinąd bardzo lubiłem, ale przede wszystkim nauczycieli, a zwłaszcza naszą wychowawczynię - wywarła ona bardzo duży wpływ na nas, uczniów, w przygotowaniu do dorosłego życia. Po szkole udało mi się znaleźć pracę; chciałem skończyć studia, założyć rodzinę.
      Ważne dla mojego powołania z tego okresu jest to, że w gronie przyjaciół, kiedy patrzyliśmy na naszą przyszłość, nikt nie wykluczał Boga, nikt nie szukał poza Nim, a wręcz przeciwnie, to Jego pytaliśmy, aby nam powiedział, jak i gdzie będzie najlepiej.
      Osobiście dla mnie niesamowite ze strony Boga było to, że im lepiej mi się wszystko układało co do przyszłości, to pojawiał się głos w sercu i pytanie: „Czy nie chcesz być bardziej szczęśliwy?”. Długo mi to nie dawało spokoju, aż wreszcie powiedziałem że tak, chcę być jeszcze bardziej szczęśliwy.
Zgromadzenie Marianów poznałem przez miłość do gór. Akurat w Zakopanem organizowali rekolekcje. Chyba jak większość chłopaków nie bardzo rozróżniałem kapłaństwo zakonne od diecezjalnego, ale jeden z pierwszych marianów, jakich tam poznałem, ujął mnie swoją osobowością, tym, jak żył, kim był. Właśnie takim chciałem być i ja, tak samo wierzyć, pracować, żyć we wspólnocie. Któregoś razu, już w seminarium, uświadomiłem sobie, że dokładnie ten zakon odpowiada temu, by służąc Bogu, być jednocześnie szczęśliwym.
      Chyba od samego początku drogi zakonnej pragnąłem realizować powołanie przez pracę na misjach. Powołanie misyjne to również kontynuacja tego - może już nie czy, ale - gdzie będę bardziej szczęśliwy. Zaraz po święceniach poprosiłem przełożonych o wyjazd do Afryki, do Rwandy. Od ponad roku jestem w tym kraju i rzeczywiście im bardziej poznaję tutejszych ludzi, język, kulturę, widzę, że nie warto poprzestawać i szukać taniego szczęścia, ale szukać go tam, gdzie inni go nie widzą albo już zatracili. Przysłowie afrykańskie mówi „Szerokie są drzwi ubogiej chaty”, a dla mnie teraz wielkie jest szczęście poznać taką chatę i wejść do niej, niosąc Jezusa.

Wykluczałem kapłaństwo i życie zakonne / ks. Jan M. Rokosz MIC
     Bóg obdarzył mnie wielkim skarbem, jakim jest wychowanie w zdrowej rodzinie. Nie było u nas materialnego bogactwa. Bolesne doświadczenia, o których długo by mówić, również nas nie omijały. Było jednak coś, czego nie da się niczym zastąpić: wzajemna troska o siebie, świadectwo ojca i matki, którzy każdego wieczoru klękali do wspólnej modlitwy, podczas której szukali siły do dźwigania krzyża i pewności, że Bóg jest z nami.
     W miarę dorastania pojawiało mi się coraz więcej pytań dotyczących istnienia Boga. Łatwe odpowiedzi proponował lansowany wtedy „światopogląd naukowy”. Przyszedł kryzys wiary, a potem kryzys mojej moralności: odrzucenie nie tylko tego, co „wyniosłem” z domu, ale także wszelkiego autorytetu. Podjąłem próbę ułożenia sobie życia bez Boga. Jeśli nawet chodziłem do kościoła i na katechezę, to tylko dla tego, aby nie sprawiać przykrości mamie. Byłem przekonany, że w ten sposób będę szczęśliwy. Bardzo się myliłem. Stopniowo traciłem radość i sens życia.
     Na szczęście Bóg nie zapomniał o mnie. Postawił na mojej drodze kapłana - marianina, który wskazywał na Chrystusa jako Tego, który może nadać sens mojemu życiu i uczynić je szczęśliwym; zachęcał mnie do modlitwy, do lektury Pisma św., zaprosił na rekolekcje dla młodzieży poszukującej sensu życia. Raz po raz, czy to podczas osobistej modlitwy, czy Mszy św., dane mi było przeżyć bardzo namacalnie obecność Boga, co sprawiało, że zaczął On stawać się dla mnie Kimś bardzo konkretnym, a słowa Pisma św. znaczyły coraz więcej. Siane w ten sposób ziarno słowa Bożego padało na dobry grunt, przygotowany przecież przez rodzinę.
     Podczas rekolekcji odkryłem, że Bóg stwarzając człowieka, ma dla niego bardzo określony plan, zadanie do spełnienia. Byłem wtedy w klasie maturalnej. Postanowiłem odmawiać codziennie, przed figurą Matki Bożej Limanowskiej, modlitwę o łaskę rozpoznania woli Bożej wobec mnie. Wykluczałem jednak kapłaństwo czy życie zakonne, uważając, że to na pewno nie dla mnie. Wydawało mi się, że zakonnicy i kapłani rezygnują z tego, co w życiu najpiękniejsze: z założenia rodziny, niezależności, z prawa do dysponowania dobrami materialnymi. Nie rozumiałem takich wyborów. Miałem zresztą wizję przyszłości z konkretną osobą, którą byłem zafascynowany. Bóg jednak nie dał za wygraną. Gdzieś w głębi mojego serca coraz mocniej pojawiała się myśl: „Zostaw swoje plany i pójdź za Mną, oddaj Mi swoje zdolności, talenty; są Mi one potrzebne do głoszenia Dobrej Nowiny! Zaufaj Mi! Ja dam ci siłę do pokonania wszystkich trudności i pokus! Nie lękaj się!”. Nie jestem w stanie opisać wewnętrznego rozdarcia i walki, jaka toczyła się wtedy w moim życiu. Była to walka między własną wizją życia a planem Boga, planem, którego nie chciałem zaakceptować, przed którym chciałem uciec.
     Na kilka dni przed maturą miałem sen. Zobaczyłem siebie na sali maturalnej. Zapamiętałem jeden z zadanych tematów. Zapomniałem o tym dziwnym śnie. Dopiero wchodząc do sali, w której miałem pisać pracę z języka polskiego, przypomniałem sobie o tym zdarzeniu. Zmęczony wewnętrzną walką i świadom konieczności podjęcia decyzji, postawiłem Bogu warunek: jeśli On naprawdę chce, abym poszedł do zakonu, niech sprawi, abym na maturze otrzymał „wyśniony” wcześniej temat. Wiedziałem, że jest to wystawianie Pana Boga na próbę. Nie miałem już jednak sił dalej zmagać się z niepewnością. Wielkie było moje zaskoczenie, kiedy jeden z tematów brzmiał prawie identycznie z tym, który wyśniłem kilka dni wcześniej.
     Mimo to nie byłem skory do podjęcia decyzji. Tłumaczyłem sobie, że to musiał być przypadek, że to niemożliwe, aby Pan Bóg zechciał przemówić do mnie w tak konkretny sposób. Walka wewnętrzna nie słabła. Bóg nie dawał za wygraną. Posłał do mnie „anioła”, jakim był kapłan-marianin, którego poznałem wcześniej. Przyjechał on z Warszawy, do mojego domu rodzinnego, do Stróży, pokonawszy 450 km, aby zapytać mnie o moje życiowe plany. Opowiedział o marianach, o założycielu Stanisławie Papczyńskim (o którym wcześniej nie słyszałem, chociaż urodził się 30 km od mojego domu rodzinnego) i jego miłości do Matki Bożej, o życiu zakonnym, o pięknie oddania swego życia do wyłącznej dyspozycji Boga. Kiedy tego słuchałem, nagle minęły wątpliwości. Wiedziałem, że to jest miejsce, do którego zaprasza mnie Jezus Chrystus. Po podjęciu ostatecznej decyzji, podczas adoracji Najświętszego Sakramentu, przeżyłem jedną z najpiękniejszych chwil w moim życiu: uczucie nieopisanego pokoju i szczęścia, jakiego nigdy wcześniej nie doświadczyłem. To przeżycie zrekompensowało mi w nadmiarze bardzo trudny czas poszukiwań i było dla mnie jeszcze jednym potwierdzeniem tego, że dokonałem właściwego wyboru.
     Podczas święceń kapłańskich moja mama opowiedziała mi pewną historię, która jest sekretem mojego powołania. Kiedy umierał mój ojciec, mama – mając w perspektywie prowadzenie gospodarstwa i wychowywanie pięciorga małych dzieci (ja miałem wtedy 7 lat) – prosiła ojca, aby po śmierci, gdy będzie bliżej Boga, opiekował się nami. W szczególny sposób prosiła o opiekę nade mną jako najmłodszym dzieckiem i jedynym synem. Wtedy usłyszała z jego ust: „Nie martw się, ja, będąc w niebie, będę prosił Boga, aby nasz syn został księdzem”.
     Nie mam więc wątpliwości, że moje powołanie zostało wymodlone przez mojego tatę, a potem wspierane przez mocną wiarę mamy i jej nabożeństwo do Matki Bożej.
Rodzice zdecydowali, abym został ochrzczony w uroczystość Niepokalanego Poczęcia, i tak się złożyło, że Bóg powołał mnie do marianów, którzy służą Bogu i Kościołowi pod opieką i na wzór Niepokalanej. W uroczystość Niepokalanego Poczęcia odnawiamy śluby zakonne, które czerpią całą swą duchową moc z chrztu św. i są manifestacją jego owocności. U mnie te dwa wydarzenia: rocznica chrztu i uroczystość Niepokalanego Poczęcia - przypadają na ten sam dzień.
     Na chrzcie otrzymałem za patrona - umiłowanego ucznia Chrystusa - Jana Ewangelistę. To on pod krzyżem doznał łaski szczególnej więzi z Maryją. Maryja, chociaż nie zawsze to zauważałem, opiekuje się mną jako dobra Matka. Bycie zaś synem Maryi zobowiązuje. Wiem, że skoro jestem marianinem, spoczywa na mnie szczególny obowiązek „troski” o Maryję, o kształtowanie właściwego Jej obrazu i roli w Kościele.
     Pisząc to krótkie świadectwo, uświadamiam sobie po raz kolejny, że wszystko w moim życiu zawdzięczam miłości Bożej, która jest potężniejsza od moich słabości. Proszę wszystkich o modlitwę, abym wypełnił plan, jaki Bóg przewidział dla mojego życia.